wtorek, 24 grudnia 2013

Frozen / Kraina Lodu [2013]

Animacje 3D. Dawniej oglądałem ich wiele, obecnie częściej zdarza się oglądać jakieś anime. Sytuacja zapewne wyglądałaby trochę inaczej, jeśli na rynku byłby więcej animacji dla dojrzalszych widzów (uwielbiam Final Fantasy VII: Advent Children, Resident Evil: Degeneration oraz Resident Evil: Domination), niestety jest jak jest. Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do zapoznawania się z tworami przeznaczonymi dla dzieci (dowodem może być fakt, że obejrzałem tegoroczne Pokemon: Origins... zebrało się na sentymenty), jednak takie filmy wypadły z kręgu moich zainteresowań. Nie byłem więc zachwycony, gdy w połowie listopada dostałem wiadomość "skoczuś, idziemy na Krainę Lodu" i zobaczyłem co to za film. Wcześniej byliśmy razem na animacji Krudowie, która nie była zła, jednak seans zyskał wiele przez osobę siedzącą obok. Kiedy początkiem grudnia mieliśmy iść do kina, ja dalej oficjalnie marudziłem na taką sytuację (znając pozytywne opinie o tym filmie)... Cóż... W tym miejscu wypada jednak podziękować znajomej, że wyciągnęła mnie do kina.

Elza potrafi tworzyć śnieg i lód, niestety nie nauczyła się panować nad tą umiejętnością. W trakcie zabawy z młodszą siostrą, Anną, niechcący trafia strzela ją lodowym pociskiem w głowę. Poszkodowanej dziewczynie na ratunek przychodzą trolle, jednak leczenie wymaga usunięcia z pamięci wszelkie wspomnienia o magii. Nie chcąc się zdradzić Elza postanawia się odizolować od Anny, która bardzo przeżywa taki stan rzeczy. Pamiętając niedawne wspólne zabawy, nie może zrozumieć zmian w zachowaniu siostry. Taki stan rzeczy trwa latami (nie jest w stanie połączyć je nawet śmierć rodziców, którzy rządzili królestwem Arendelle) i obie zobaczą się dopiero na uroczystości koronacyjnej Elzy, kiedy to pałac zostanie otwarty dla gości po raz pierwszy od śmierci króla (*). Właśnie wtedy młodsza siostra po raz pierwszy zasmakuje wolności... oraz zechce wyjść za mąż za niedawno poznanego księcia. Doprowadza to do kłótni między nimi, a w konsekwencji do zamrożenia całego królestwa i ucieczki Elzy.

Kraina Lodu nawiązuje do nawiązuje do baśni Królowa Śniegu, jednak nie jest jej adaptacją. Większość czasu obserwujemy Annę, która  wyrusza w poszukiwaniu siostry. Sama fabuła nie jest tak banalna jak mogłoby się wydawać. Owszem, pojawia się sztampowy wątek "tylko prawdziwa miłość jest w stanie skruszyć lód w sercu", jednak jego rozwiązanie zaskoczyło nawet mnie. Jennifer Lee, scenarzystka, starała się zaskakiwać widza zwrotami akcji i zwykle jej to wychodziło.
Z postaci drugoplanowych najbardziej w pamięci zapada Olaf. Obawiałem się, że będzie to postać niepotrzebna, która nie dość, że będzie się za bardzo narzucać swoją głupkowatością, to jeszcze będzie odstawał od innych (to bałwan... dosłownie). Jak się okazało niepotrzebne były moje obawy. Na pewno miło wspomnicie też bacę/sprzedawcę. Reszta postaci drugoplanowych prezentuje się bardziej standardowo i niewiele zmienia tutaj późniejsze poznanie ich intencji.
Żarty które pojawiają się w filmie nie dość, że bawią, to jeszcze doskonale wpisują się w historię. Na plus zaliczyłbym, że część z nich wymaga odrobinki czasu czasu na ich właściwe rozkręcenie. Nie chce spoilerować, więc podam tylko bardzo ogólny przykład - piosenka  wspomnianego Olafa, która opowiada o jego największym (?) marzeniu. Wydaje się wstawiona na siłę, jednak nie przeszkadza, ponieważ ciężko się nie zacząć śmiać po chwili.

Animacja to pierwsza klasa. Największe wrażenie robi oczywiście wygląd lodu i śniegu i pod tym względem nie było chyba nic lepszego, a przynajmniej nie dane mi było oglądać. Momentami wygląda to niesamowicie rzeczywiście, jednak odpowiednio piękniej i aż chciałoby się, by taka była nasza rzeczywistość. Niestety... Albo mnie na chwilę zaćmiło, albo mam zaburzone poczucie estetyki. Albo ogień, który dane mi było oglądać w jednej ze scen, prezentował się na poziomie budżetowej gra z okolic 2008. Nawet mimo tego niedociągnięcia - za artystyczną stronę należy się Oscar.

Nie wiem jednak jak się ma sprawa z nominacjami dla tej animacji, poza faktem, że nominowana została piosenka. Oczywiście w oryginalnej, anglojęzycznej wersji... Polska prezentuje się ogólnie bardzo dobrze (chociaż tutaj wyróżnia się tylko Czesław Mozil w roli bałwana. Ze znanych mi nazwisk pojawia się Anna Cieślak, jednak nie poznałbym jej po głosie). Oddzielną kwestią są jednak partie wokalne. Trzy główne postacie  dostały odrębnych aktorów (?) do partii wokalnych i ci dają radę. W internecie można przeczytać opinie, że polskim głosem jedynie psujemy sobie seans, zwłaszcza w nominowanej piosence, bo przecież nie można dorównać wykonaniu Demi Levato. Dla mnie momentami jest to ten sam poziom, Niestety obok świetnie zaśpiewanych partii, pojawia się parę sekund czegoś co nazywam wyciem. Nie wierzę, że jest to wina tylko i wyłącznie wokalistów (przecież dopiero dawali radę), ale winę pewnie ponosi także reżyser dźwięku. Szkoda, bo mogło być świetnie, a wyszło zaledwie dobrze. Zresztą... Największym problem piosenek nie jest ich jakość, a ilość. Moim zdaniem jest ich za dużo, ponieważ tylko dwie ) coś wnoszą ("Ulepimy dziś bałwana" i "Mam tę moc"). Cała reszta nie dość, że tylko jest, to jeszcze została umieszczona w pierwszej połowie filmu.

Obejrzyjcie koniecznie jeśli nie gardzicie animacjami. Poważnie. Jeśli moim najpoważniejszym zarzutem jest nadmiar piosenek, to chyba warto spróbować. Nawiązując do wstępu - tym razem znajoma była potrzebna  tylko po to, by zaciągnąć mnie do kina; w trakcie seansu była zbędna.

* albo wypadku, niestety nie pamiętam, a od seansu minęło już 13 dni :/

sobota, 16 listopada 2013

Edward Lee - Sukkub



Możliwe, że pisanie recenzji w piątek, po zakończeniu tygodnia pracy, w której szef zwleka z zapłatą, nie do końca można określić dobrym pomysłem. Niechcący można się wyładować się na obiekcie, który się opisuje. Wspominam o tym, ponieważ gdy jakiś rok temu skończyłem czytać powieść moje wrażenia były znacznie bardziej pozytywne. Jednak nie sądzę, by to moje życie wpłynęło na taką opinię, zwłaszcza, że niniejszy tekst jest w zasadzie mocno przeredagowaną wersją, tego co napisałem parę miesięcy temu.

Prolog książki nie ma bezpośredniego wpływu na dalszą historię opowiedzianą w książce, jednak warto o nim wspomnieć parę słów - te parę stron, próbuje przynajmniej częściowo wyjaśnić to czego świadkami będziemy przez całą książkę. Para archeologów dyskutuje o wymarłej cywilizacji, której ślady właśnie odkryli. W rozmowie tej pada wiele brutalnych, nieludzkich wręcz, opisów rytuałów do których wykorzystywane były odnalezione narzędzia. To właśnie te pierwsze strony mogą zniechęcić (albo zachęcić) czytelnika do dalszej lektury. Pragnę jednak zwrócić uwagę na fakt iż napisałem "mogą zniechęcić". Na mnie taka szybka wyliczanka nie zrobiła większego wrażenia, ale większość moich znajomych uznała to za zbyt ekstremalne.
Ann Slavik jest bohaterką właściwej części historii (chociaż nie jedyną osobą, której losy śledzimy). Nie chciała zmarnować reszty swoje życia w dziurze zwanej Lockwood, więc parę lat temu wyrwała się do miasta, gdzie udało się jej odnieść sukces. Niestety praca w zawodzie prawnika nie do końca sprzyja relacjom rodzinnym. Anna ma za sobą jedno nieudane małżeństwo i nie może porozumieć się z córką, która z niego pochodzi. Na dodatek odkąd prześladują ją koszmary i dziwne telefony, nie może zaznać spełnienia seksualnego z obecnym partnerem. Korzystając z możliwości jakie daje jej niedawny awans, postanawia udać się całą rodziną na krótkie wakacje, które mają posłużyć naprawie sytuacji. Niestety z powodu wylewu ojca musi przełożyć wycieczkę do Francji i wrócić do swojego rodzinnego miasta.

Wiele recenzji pomija ten wątek (lub zaledwie wspomina), ale w moim odczuciu jest on równie istotny. Drugą osobą, której losy poznajemy jest osadzony w zakładzie psychiatrycznym Erik, który zdaje sobie sprawę z tego, co ma się niedługo zdarzyć w miasteczku Lockwood. Jego wiedza ma związek z powodem dla, którego przebywa w szpitalu dla obłąkanych, jednak nikt nie jest w stanie mu uwierzyć. Dlatego wraz z Dukem, innym pacjentem, ucieka stamtąd, mając nadzieję, że uda mu się powstrzymać nadchodzące wydarzenia. Jak każdy pewnie przypuszcza - obie te historie łączą się ze sobą i mają większe znaczenie niż tylko dodanie paru trupów...

O ile jednak cięty język i charakter Ann lubimy od początku, tak Erik z Dukem momentami mnie zwyczajnie irytowali. Są oni bardzo prości w zachowaniu, zwykle wręcz bardzo prostaccy. O ile Erik ma swoje plany i cel ucieczki, tak dla Duke'a liczy się jedynie zaspokajanie własnych potrzeb cielesnych. Co doprowadza do tego, że ich droga obfituje w gwałty i morderstwa. Ciężko ich polubić, jednak Edward Lee wiedział co chce osiągnąć - sam ucieczka, ich poczynania i niebezpieczeństwo dla świata, doprowadza do analizy psychologicznej tych dwóch postaci (ma to pomóc w ich szybkich schwytaniu). I w moim odczuciu te przemyślenia psychologów nie sprawiają wrażenia wciśniętych na siłę, a same postacie zyskują na znaczeniu opowieści.

Edward Lee jest jednym z milionów twórców horrorów, którzy przyznają się do inspiracji H.P. Lovecraftem. Mimo, że książka nie nawiązuje do jego twórczości, to ciężko nie przywołać tego autora, gdy omawiamy same Lockwood. W prozie Howarda miasteczka (albo jakieś rejony) były złowrogie same z siebie i ciężko znaleźć coś podobnego w literaturze (albo ja nie natrafiłem na nic takiego). Z Lockwood sytuacja ma się podobnie. Ludzie nie są tam przychylnie nastawieni do obcych, samo miasteczko jest raczej odseparowane od świata. Ludzie współpracują ze sobą, by zapewnić mu jak największą autonomiczność. Ma nawet ustalone własne prawa, a ważniejszą rolę w nim pełnią kobiety. Mężczyźni są tam jedynie dodatkiem, przedmiotami, które są wykorzystane przez kobiety. Może nie do końca oddałem moje spostrzeżenia, może też wynikają one z moich interpretacji (Lee nie skupiał się na precyzyjnych i rozbudowanych opisach), jednak od samego początku miasteczko budziło we mnie negatywne odczucia i nie chciałbym się zatrzymywać. Ogromny plus.


Nie jest to spoiler, ale ten akapit dotyczył będzie zakończenia książki, co nie wszystkim może przypaść do gustu. Zakończenie było zaskakujące. I nie chodzi mi nawet o twist fabularny (który jest bliski tym z opowiadań, co można uznać za wadę. Tak np uważa moja bliska znajoma, która jako jedyna z moich znajomych, przeczytała tą książkę. W zasadzie oddałem jej swój egzemplarz, co na pewno pomogło). Zaskakuje sama objętość tego zakończenia. Prawie do samego końca nic się nie wyjaśnia, wszystko zmienia się co parę akapitów... Gdyby nie wcześniejsze recenzje, jakie przeczytałem, pewnie zastanawiałbym się czy nie posiadam wadliwego egzemplarza [zwłaszcza, że w niektórych książkach podobno na okładkach książki nie było podanego autora] albo, co gorsza, historia skończy się jak w Modern Warfare 2. Jednak właściwe zakończenie nie zajmuje więcej jak 10 stron, wyjaśnia wszystko co trzeba i pozostawia wrażenie skończonego w odpowiednim momencie. Za to Edwardowi Lee należą się pokłony.

W ostatnim akapicie przed podsumowaniem skupię się na brutalności tej książki. Jak dla mnie sprawa mocno dyskusyjna. Recenzenci prześcigali się w jej opisach, próbując w tym celu stworzyć tekst zbliżone do słów Jacka Ketchuma z okładki („Pisarstwo Edwarda Lee jest jak piła mechaniczna na pełnych obrotach. Jeśli podejdziesz zbyt blisko, urżnie ci nogi.”). Nie do końca widzę w tym sens. Każdy z nasz widział (a przynajmniej miał okazję) setki horrorów klasy B czy filmów z gatunku torture porn (nienawidzę tego stwierdzenia). Książka była niesmaczna, jednak nie zbierało mi się na wymioty i nie musiałem odkładać książki z natłoku wrażeń. Na pewno nie poleciłbym jej dziewczynie na początku związku (no jednak pasowałoby się zaprezentować bardziej pozytywnie), ale nie uważam, że konieczne jest krycie się z czytaniem takich książek (jak to np opowiadał Mando w swoim podcaście na temat książki. Nie pamiętam jednak czy był to Karpiowy Podcast czy Kombinat, a późno się robi na sprawdzanie).  Albo to ze mną jest coś nie tak, albo dla wielu był to pierwszy kontakt z taką dawką krwi i flaków w formie pisanej. Jednak Edward Lee nie przetarł szlaków na naszym rynku (przykładowo książki Clive'a Barkera nie są łagodniejsze), w dodatku nieumiejętnie używał takich scen. Przesadził z ich ilością i gdyby nie wspomniany prolog, ciężko byłoby przez to przebrnąć. Przydałoby się jednak stonowanie, ponieważ w pewnym momencie zaczynamy przewracać strony, wiedząc, że znajdzie się tam kolejna scena z wyrwanymi wnętrznościami, której zadaniem jest tylko szokowanie.

Po roku dalej twierdzę, że warto się zapoznać z tą pozycją (oczywiście jeśli taka tematyka i opis z okładki was nie odstrasza). Znajoma nie była aż tak zafascynowana jak ja, ale nie ukrywała, że podobało jej się. Dlatego też sądzę, że zapewne i ja należałem do tej części ludzi, który uległ chwilowemu zauroczeniu. Jednak im więcej czasu minęło od przeczytania, tym bardziej przestaję dostrzegać jej niezwykłość. Dla nieprzekonanych dodam, że samo nazwisko autora do dzisiaj działa na mnie magnetycznie. Dla niego (i Carltona Mellicka III) byłem w stanie kupić papierowe wydanie Bizarro Bazar. Wszystko rozpoczęło się od Sukkuba.

---

EXTRAS

Niedawno w serwisie Niedobre Literki ukazał się krótki wywiad z Edwardem. Do przeczytania tutaj. Z kolei na horror.com.pl ukazał się tekst publicystyczny autora, który można przeczytać tutaj.

środa, 9 października 2013

Richard Bachman (Stephen King) - Uciekinier



"Ameryka, rok 2015.
Najlepsi nie kandydują na prezydenta.
Najlepsi uczestniczą w grze o życie.
Ale jak wygrać, kiedy szuka cię cały świat?"

Opis pochodzi z tegorocznego wydania książki, które ukazało się w najnowszej serii Albatrosa (okładka powyżej). Szkoda, że nie jestem znanym vlogerem z YouTube. Gdyby było inaczej mógłbym przeczytać ten tekst, zrobić wyjątkowo durną minę przez 10 sekund i krzyknąć do mikrofonu "what tha fuck?", robiąc przy okazji przestery. Niestety w moim przypadku nie brzmiało by to za dobrze, więc zostaje mi przekląć los i zająć się pisaniem. Jako, że nie każdy czytał książkę to już, pomału. wyjaśniam o co chodzi.

Akcja książki toczy się w 2025, czyli 10 lat później niż podaje okładka książki. Zapewne literówka, jednak dalszy opis również ma błędy. Bohaterem książki jest Benjamin Richards, który w ciągu ostatnich lat nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia. Odkąd został wyrzucony z pracy za bójkę, jego jedynym źródłem dochodów była praca dorywcza. Jego problemy zaczynają się wraz z zapaleniem płuc z jakim zmaga się jego córka. Nie mając pieniędzy na lekarstwo, zgłasza się on na ochotnika do telewizji Free Vee, która organizuje specyficzne teleturnieje. Biedni kosztem zdrowia lub życia mogą zarobić parę groszy kosztem swojego zdrowia lub życia. O przydatności zgłaszającej się osoby decydują dokładne badania fizyczne i psychologiczne oraz kartoteka. Właśnie na podstawie tej ostatniej (bójka w pracy i życie buntownika) Ben zostaje przeznaczony do najgorszego możliwego teleturnieju jakim jest tytułowy Uciekinier. Chodzi w nim o to, by przeżyć, gdy polują na nas łowcy, a każda osoba, która nas zauważy może złożyć donos. W zamian za zapłatę oczywiście. Sam uczestnik show dostaje 100 zł za każdą przeżytą godzinę, a jeśli osobie uda się uciekać przez 30 dni dostanie milion dolarów. Premiowane jest także zabijanie łowców i policjantów. Nikt jeszcze nie przeżył (w przypadku śmierci uciekiniera jego zarobione pieniądze ma dostać rodzina).

Co więc Albatros miał na myśli pisząc "najlepsi uczestniczą w grze o życie"? Nie wiem i chętnie usłyszałbym jakiś komentarz w tej sprawie. Owszem, biedni ludzie zmagają się z większymi przeciwnościami losi niż zarządcy stacji, jednak to ta sama sytuacja wymusza na nich udział w teleturniejach stacji Free Vee, która pogardza biednymi. Co jednak definiuje rzeczywistość człowieka, który bierze udział w igrzyskach, w których śmierć jest prawie pewna? Nie wiem tego ja, książka raczej nie odpowiada na to pytanie, więc obawiam się, że ludzie w wydawnictwie też nie wiedzą. Przynajmniej fajnie brzmi. Książka skupia się na pokazaniu relacji miedzy różnymi grupami społecznymi. Robi to w przerysowany sposób, jednak z łatwością można odnieść je do świata rzeczywistego, a książka przez 31 lat nie straciła na aktualności w tym temacie..

W Colorado Kid spodobało mi się to, że nie wszystko znalazło zakończenie w książce (wspominałem w recenzji, którą można przeczytać tutaj), co było dość realistycznym rozwiązaniem. W Uciekinierze obserwujemy podobne rozwiązania, jednak są one spowodowane zmianami priorytetów bohatera (przez co odbieramy je inaczej). Tak, często jest to tylko próba usprawiedliwiania się bohatera przed tym co planuje zrobić, ale hipokryzja jest czymś co występuje na świecie, i to dość powszechnie. Możliwe, że książki i filmy powinny być spójne, tworząc w ten sposób zamkniętą całość, ale mnie takie rozwiązania bardzo się podobają. Sporo osób zachwala zakończenie i nie ukrywam, że jest ono dobre (oczywiście na swój b-klasowy sposób). Obecnie jednak zaskakuje tylko do pewnego stopnia. Po pierwsze - obcujemy z książką napisaną pod pseudonimem Richard Bachman i możemy już wiedzieć czego się spodziewać. Po drugie - taki a nie inny styl powieści wymusza zakończenie tego typu, chociaż w 1982 na pewno szokowało bardziej. [Spoiler?] Powiedział nawet, że ta końcówka działa na niekorzyść oficjalnej wersji Kinga, że Rage zostało zakazane ze względu na swoją brutalność i realność zdarzeń. Oczywiście nie mam zamiaru się spierać , bo prawdy pewnie nie poznamy nigdy (albo już ją poznaliśmy, tylko nie chcemy w nią uwierzyć. Tak jak ja).[Koniec]

Do tej pory książka prezentowała się dobrze, niestety na tym koniec. Pierwszą negatywną rzeczą na którą chciałem zwrócić uwagę jest sama Ameryka, która w powieści jest antyutopijna. Niestety nie porywa i jest typowa do bólu. Bogatsi ludzie izolują się od biednych, którzy mieszkają w skandalicznych warunkach, w których wszystko niszczeje i jest ponure Na dodatek jest bez pomysłu. Obok samochodów na powietrznych występują automaty telefoniczne (które jeśli dobrze pamiętam były obsługiwane przez centralę) i kamery na klisze. Uważam, że King mógł pokusić się o większe fantazjowanie, zwłaszcza patrząc na rozwój komputeryzacji i dzieła filmowe z tamtego okresu (Tron dla przykładu).

Jeśli chodzi o postacie to Wielki marsz (powieść Bachmana, która również przedstawiała ponurą wizję przyszłości) prezentował się znacznie lepiej pod tym względem. Mieliśmy tam grupę osób o różnych przeżyciach, poglądach i motywach. Ciągłe dialogi między nimi dobrze oddawały realia w jakich żyli i potęgowały napięcie. Tutaj główna postać nie jest na stałe otoczona ludźmi, a jego przemyślenia poznajemy, gdy znajduje się osamotniony. Nie robi to na nas większego wrażenia. Stephen niby próbował wzbudzić w nas emocje (np poprzez podanie prawdziwych powodów upuszczenia pracy), jednak w moim odczuciu zrobił to nieskutecznie. Postacie poboczne są również nieciekawe. Ich rola polega raczej na popychaniu akcji do przodu. Amelia, została wciągnięta w ucieczkę Bena i pełni kluczową rolę, pomagając mu. Nie rozumiem jednak dlaczego to robi, ponieważ sporo ryzykuje dla niego. Nawet jeśli zawierzając jej swoje życie, wymusił pewną presję na jej sumieniu za inną osobę, to jest to zdecydowanie za mało, by samemu ryzykować. O samej płytkości postaci świadczy o tym, ze w pewnym momencie Richards zaczyna jej współczuć. Ma to zapewne wzmocnić więzi między nimi, ale akcja goni i wstyd się przyznać, ale za najważniejszą informację o niej uznałem to, że ma fajne cy... piersi. Inne osoby może i miały trochę więcej motywacji (zwłaszcza czarnoskóra rodzina), ale dalej uważam, że Kinga stać na więcej.

Książka jest dość cienka, czyta się ją bardzo szybko i elementy pozbawione akcji są opisane po łebkach. Może miało mnie to zmusić do szybkiego czytania i nie zwracania uwagi na luki. Kto by się przejmował bzdetami. Jednak to właśnie większa szczegółowość elementów akcji spowodowała, że ja na to zwróciłem uwagę. Podobnie jak na kuriozalne (moim zdaniem) sytuacje, jak ta w której policja spodziewająca się samochodu z Richardsem nie jest w stanie go zatrzymać. Mierzył on do zakładnika i schował się, by nie być na linii strzału, ale właśnie dlatego nie mógł widzieć tego, co dzieje się na zewnątrz. Oczywiście na policjantach ciążyła presja, którą spowodowały kamery stacji telewizyjnych, ale to ma być nieugięta policja gardząca niższymi klasami społecznymi?

Ostatnim poważnym minusem jest brak jakiegokolwiek napięcia. Benjamin przemierza świat w którym każdy może go wydać łowcą, ci mogą być wszędzie i wyglądać jak każdy inny. Niestety książka jest prawie całkiem pozbawiona elementów paranoi i zaszczucia. Zamiast niej główną treść stanową "te wybuchy, te pościgi, te strzelaniny". Może mój umysł został spaczony przez dzieła pokroju Blade Runner i Day "friendly, no weapon" Z (*), ale ta niepewność powinna być bardziej naznaczona. Co prawda książka straciłaby wtedy swój b-klasowy charakter, jednak byłaby znacznie ciekawsza. Dlaczego więc mi to zrobiłeś King i nie pozwoliłeś cieszyć się tą książką? Dlaczego?

Często można przeczytać informacja (pochodzącą podobno od samego Stephena), że książka powstała w jeden weekend. Nie chciało mi się weryfikować tej informacji, ale, patrząc na jakość tej książki, jestem w stanie w to uwierzyć. Jest to najsłabsza powieść Kinga jaką do tej pory przeczytałem. Oczywiście większość jego książek dopiero przede mną, więc niewiele to znaczy. Całkiem możliwe, że znajdzie się coś gorszego, jednak nie jestem w stanie polecić Uciekiniera. Lista minusów zdecydowanie przysłania jego plusy.

* dokładniej to materiały z YouTube. Jestem fanem Army, na której Day-Z bazuje, jednak szkoda mi czasu na rozgrywki multiplayer, które wymagają znacznie więcej czasu.

EXTRAS

01 Na początek polecę grę Manhunt, która w jakimś stopniu powiela pomysły wykorzystane w Uciekinierze. Recenzję pewnie spłodzę za jakiś czas, jednak wypada napisać parę słów. Głównym bohaterem jest James Earl Cash, który został skazany na karę śmierci, jednak został uratowany przed egzekucją przez Lionela Starkweathera (który kazał się początkowo nazywać reżyserem). James został uratowany, by wziąć udział w reality show, którego celem było wykonywanie poleceń Lionela i przetrwanie w świecie w którym prawie każdy na nas poluje. Gra została zapamiętana głównie ze względu na olbrzymią brutalność, która w 2004 roku może jakoś przyciągała 14 letniego skoczusia, jednak obecnie bardziej chłonę klimat produkcji. Polecam

02 Guillermo Del Toro stworzył czołówkę do tegorocznego halloweenowego odcinka Simpsonów i... to jest poezja. Masa odwołań do różnych horrorów (od studia Universal po swoje dzieła). To TRZEBA obejrzeć, a można to zrobić tutaj.

03 Z kolei CraveOnline.com przez cały październik umieszcza na swoim kanale film, który wspomina jakąś ekranizację powieści Kinga. Można się obejść bez tego, ale ja lubię takie wspominki, dlatego linki załączam poniżej (na chwilę obecną jest 9 odcinków)
01 Carrie 1976
02 The Shining 1980
03 The Creepshow 1982
04 Cujo 1983
05 The Dead Zone 1983
06 Christine 1983
07 Children of the Corn 1984
08 Firestarter 1984
09 Cat's Eye 1985

04 Nostalgia Critic z okazji tegorocznego Halloween powrócił do kolejnego miniserialu na podstawie Stephena Kinga. Osoby z dystansem powinny dobrze się bawić przez cały odcinek (można go obejrzeć tutaj w języku angielskim). Polecam także wcześniejsze odcinki w których NC opisuje swoje przemyślenia na podstawie miniserii Kinga. Dostępne są w języku polskim, a linki do nich można znaleźć poniżej.
To cz.1
To cz.2
To cz.3
Pożeracze czasu cz.1
Pożeracze czasu cz.2
Stukostrachy cz 1
Stukostrachy cz.2

wtorek, 27 sierpnia 2013

Mortal Kombat: Legacy [tl;dr]



Przyznam, że sam nie jestem przekonany co do długości poniższych opisów odcinków, jednak ciężko mi wprowadzić jakiekolwiek zmiany. Serial nie ma jednej linii fabularnej, wiec zostaje albo opisać każdą z jego części oddzielnie, albo ograniczać opisy do minimum. W tym drugim przypadku opis byłby bardzo ogólny i nic nie wnoszący, wiec nie widzę sensu. Przykro mi.

Dla tych, którzy nie chcą czytać informacja, że pod spodem znajdują się linki pozwalające oglądnąć ten serial zupełnie za darmo.


Obecnie seria Mortal Kombat przechodzi renesans. Powrót do korzeni w nowej oprawie audiowizualnej okazał się niezwykle udany, niedawny port na PC sprzedaje się lepiej niż zakładali twórcy, a adaptacje serii w inne medium w końcu wyglądają ciekawie. W 2010 w internecie pojawił się 8 minutowy filmik Mortal Kombat: Rebirth (to obejrzenia np tutaj) w którym mało znany reżyser Kevin Tancharoen przedstawił kilka postaci z bogatego uniwersum w nowy, bardziej realistyczny sposób. Początkowo przypuszczano, że jest to zwiastun nowego filmu, szybko okazało się jednak, że w ten sposób Kevin chciał pokazać swoją własną wizję serii i uzyskać prawa i pieniądze na jej nakręcenie. I udało się. Nie w pełni, ale dostał zgodę na nakręcenie oficjalnej adaptacji serii. Różni się jednak ona od jego pierwotnego pomysłu. Jako, że wrzesień to nie tylko premiera Doktora Sen, ale także drugiego sezonu MK: Legacy, postanowiłem sobie przypomnieć pierwsze dziewięć odcinków. 

Fabuła w tych grach do czasu MK9 nigdy do mnie nie przemawiała. Nie kupiłem idei tych nieustannych turniejów (na dobrą sprawę fabułą pierwszej części została też po latach lekko zmieniona na potrzeby MK Trillogy), powracania do życia bohaterów i masy pierdół. Jednak sama mitologia postaci i światów jest niezwykle rozbudowana i ciekawa. Każdy z bohaterów bierze udział w turnieju z różnych powodów i na tym skupia się też akcja serialu. Dostępny jest on za darmo w internecie (linki podam pod koniec tekstu) jak na płytach bluray. W każdym z odcinków (czasem dwa odcinki łączą się w jedną całość) poznajemy przynajmniej jednego z bohaterów i ich historię. Każdy z nich jest też kręcony w inny sposób, a historie póki co nie przeplatają się ze sobą (nie licząc Kano pojawiającego się w jednym z odcinków jako postać poboczna).

Pierwsze dwa epizody skupiają się na postaciach Kano, Jaxa i Sonya'i. Kobieta jest agentką departamentu policji w Deacon, która wślizguje się do magazynu należącego do klanu najemników znanym jako Black Dragon. Kiedy na miejscu spotyka Kano, próbuje powiadomić swój oddział, który po otrzymaniu wiadomości wysyła swoje jednostki, w tym Jaxa, by ją uratować. Jest to zdaje się połączenie pierwszych dwóch części gry (zdaje się, że w pierwszej Sonya trafia do turnieju śledząc Kano, w drugiej zostaje porwana  a Jax wyrusza, by ją ratować) i sprawdza się bardzo dobrze. Trochę strzelania, bicia się, dowiadujemy się jak bohaterowie zyskują swoje charakterystyczne implanty... Jak na niecałe 20 minut ciężko narzekać.

Trzeci odcinek skupia się na Johnny Cage'u - przygasłą gwiazdę kina akcji. O jego upadku dowiadujemy się co nieco z wstępu, który jest wzorowany na film dokumentalny. Później widzimy Cage'a, który próbuje sprzedać producentom swój nowy show, ten niestety ich nie zachwycił. Dostaje drugą szansę, stara się odzyskać ich zaufanie i... sami zobaczcie, bo biorąc pod uwagę długość odcinka i tak opisałem jego sporą fragment. Mnie on nie ujął. Johnny ma jakoś mało ikry jak na gwiazdora i jest nieprzekonywujący w tym co robi. W dodatku śmieszy mnie także dialog Johnny'ego Cage'a z producentami jego show, którzy stwierdzają, że nie można wiecznie opierać się o popularność zdobytą na Power Rangers (przypuszczam, że celowo zostało wprowadzony taki żart, bo ciężko mi uwierzyć, że ktoś się wybija na tym serialu. Wiem co mówię, bo przyznam, że też oglądałem przez jakiś czas). W odcinku tym irytuje także trzęsąca się kamera w trakcie rozmów odbywających się na kanapie. Ma to sens ze względu na pewną scenę pod koniec, jednak przez większość odcinka denerwuje.

Dwa kolejne skupiają się na przedstawieniu Kitany i Mileeny. Chyba w tym segmencie pojawia się najwięcej znanych postaci. Kitana jest księżniczką Edenii. Jej ojciec został zabity przez armię Shao Kahna w trakcie oblężenia krainy, który to przygarnia ją i jej matkę i wychowuje jak swoją córkę. Jednak obawiając się, że może ona kiedyś się dowiedzieć prawdy, tworzy jej klona, którym jest właśnie Mileena. Dziewczyny wychowywane są razem i w późniejszym okresie stanowią zgrany zespół zabójczyń, które pracują dla swojego "ojca". Historia ma prosty zwrot akcji pod koniec, ale ogląda się miło. Zwłaszcza, że sceny z aktorami są przeplatane miłą dla oka animacją.

Odcinek z Raidenem jest nietypowy. Do tego stopnia, że wyświetlany jest komunikat o tym, że jest to w pełni autorska wizja reżysera. Raiden pojawia się na terenie psychiatryka. Nie mogąc używać swoich mocy zostaje szybko obezwładniony przez strażników. W trakcie przesłuchania wyjawia lekarzowi, że jest Lordem Raidenem, co ten bierze jako objaw choroby psychicznej. Gdy po wielu dniach terapia nie przynosi żadnych pozytywnych skutków lekarz decyduje się nawet na użycie lobotomii. Nie brzmi jak opis potężnego boga piorunów ratującego świat przed przejęciem. Gdyby tylko wyszło zostało zrobione mocniej a efekty lobotomii oddziaływały na niego w większym stopniu... Nie jestem w stanie znaleźć ani jednego powodu, dla którego zostało to podane tak łagodnie.

Następną historią jaką poznanym będzie historia Hanzo Hasashi, który jest wyszkolonym płatnym zabójcą i generałem klanu Shirai Ryu. Bierze on udział w przygotowywaniach do przybycia Shoguna, którego ma gościć. W trakcie opowiadań zdaje żonie relacje z nich o rozmawia z żoną o przyszłości ich syna, który bardzo chce podążyć drogą ojca. Obiad nie zostaje jednak dokończony, gdyż Hanzo zostaje powiadomiony o wcześniejszym przybyciu dowódcy. Jak najszybciej wyrusza w drogę, gdzie czeka go rozczarowanie - znajduje zabitego Shoguna. Tutaj reżyser nie zaskoczył nas aż takimi radykalnymi zmianami. To co odróżnia go od innych to inny charakter opowieści i fakt, że wszystkie dialogi prowadzone są w języku japońskim. Jest jednak jedna wada, dla mnie dość spora. Efekty specjalne są poniżej oczekiwań - efekty zamrożeń wyglądają bardzo sztucznie i nienaturalnie. Szkoda, bo w obecnych czasach to pierdoła, a dla mnie wpłynęła znacząco na obiór.

Serial kończy (nareszcie, bo jednak liczyłem, że te opisy zajmą mi mniej miejsca) opowieść o Cyraxie i Sektorze. Są oni wyszkolonymi zabójcami, którzy dla dobra swojego klanu mają zostać zabici. W pewnym stopniu. Ich ciała mają zostać wzmocnione technologią. Mają zachować pamięć, ale zostać pozbawieni emocji. I to w zasadzie tyle. Przez cały odcinek są oni poddawani testom. Historia jest mało ciekawa, podobnie jak postacie. Odcinek ratują tylko i wyłącznie dobre sceny walki.

Nie licząc drobniejszych minusów, o których wspomniałem wcześniej, na minus zaliczam także ograniczenie brutalności. Zarówno względem gier, jak i wspomnianego wcześniej MK Rebirth. To, że możemy obserwować tylko jedno fatality jest okey - sam turniej się jeszcze nie zaczął. Gorzej, że nie obserwujemy wiele krwi, a wszelkie oznaki przemocy wydają się łagodne. Szkoda, bo moim skromnym zdaniem można było sobie na to pozwolić. Poza tym dziewięć odcinków pozwoliło przedstawić tylko garstkę z ogromu zawodników. O ile taki Stryker czy Baraka przynajmniej pojawiają się w roli postaci drugoplanowych, to brak Liu Kanga czy Kung Lao smuci.

Nie wspominałem wcześniej o aktorach, bo nie miałem ku temu powodów. Ci sprawdzili się dobrze (nie licząc Johny'ego Cage'a), ale nie są oni raczej znany. Sprawdzając w internecie można znaleźć informacje, że Michaela Jai White'a (Jax) mogliśmy widzieć np w Toxic Avenger II czy klipie Nicki Minaj; Darren Shahlavi (Kano) zagrał w paru filmach Uwe Bolla; jednak nie sądzę, żeby ich nazwiska mówiły cokolwiek ludziom. Jedynie Jeri Ryan (Sonya) może się poszczycić występem w wielu odcinkach Star Trek: Voyaer czy Boston Public. Muzyka sprawdza się bardzo dobrze i jest zróżnicowana (przykładowo elektronika zmieszana z orientem w 7 epizodzie), chociaż to nie jest coś czego słuchalibyśmy oddzielnie. Mała dygresja. Po Iron Manie 3 naszła mi chęć by wrócić do przeszłości i przesłuchać płytę Eiffel 65 - Europop. Była to sympatyczna próba powrotu do przełomu wieków. Przy okazji pisania tego tekstu postanowiłem włączyć kawałek The Immortals - Techno-Syndrom. Nie zróbcie tego samego błędu.

Podsumowując ten dość długi tekst - na chwilę obecną polecam fanom czegokolwiek z cyklu Mortal Kombat, chociaż i im odradzam kupno wersji płytowej. Szkoda pieniędzy, serial sporo zyskuje tym, że może obejrzeć go każdy w dowolnej chwili. Jeżeli jednak drugi sezon połączy ze sobą wątki, które zapoczątkował ten pierwszy, to będzie to serial dla każdego lubiącego zróżnicowane światy z ciekawymi osobistościami i historią. I zapowiada się, że tak właśnie będzie (i nie wyobrażam sobie, by było inaczej skoro już myślą nad sezonem trzecim). Warto więc albo zainteresować się nim już teraz, albo przynajmniej zapamiętać nazwę.


Nie wykluczam też możliwości powrotu do tematu i omówienia filmów, seriali czy najnowszej części gry.

PS Tekst wrzucony bez korekty. Dzisiaj już nie mam siły poprawiać tak długiego tekstu. Jeśli miałbym go trzymać na dysku to pewnie przeleżałby parę tygodni (lub miesięcy), więc wolałem wrzucić tekst w takiej formie w jakiej jest, licząc, że zmotywuje mnie to do ewentualnych poprawek w dniu jutrzejszym.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Stephen King - Colorado Kid



Jest godzina 23:34, jakieś 15 minut temu skończyłem czytać książkę Colorado Kid i mam nadzieję, że jutro (tj. 18.08.) uda mi się ją wrzucić na bloga, ponieważ dawno nic nie napisałem…. Źle… Dawno nie ukończyłem jakiejś recenzji. [Jak widać nie udało się, chociaż opóźnienie wielkie nie jest. Przynajmniej jak na mnie].

Zanim zabrałem się do przeczytania wspomnianej pozycji znałem oczywiście opinie z internetu w których często pojawiał się zwrot "najgorsza książka Kinga". Wpłynęło to nawet na odwlekanie zakupu w czasie, co okazało się błędem. Napisałbym, że jestem zdziwiony większością opinii, ale... nie, nie jestem. Łatwo mi wskazać co sprawiło, że ludzie tak znienawidzili Colorado Kida.

Podobnie jak Joyland został on napisany na zlecenie wydawnictwa Hard Case Crime, które specjalizuje się w wydawaniu kryminałów. Z tego co się orientuję to jej wydanie w naszym kraju było bardzo nietypowe. Nie można było nabyć samej książki, a jedynie kupując ją w pakiecie z inną książką Stephena. Cena wzrosła o zaledwie parę zł, więc powód do narzekań mieli tylko ci, którzy mieli już pozycje autora dostępne we wspomnianych zestawach. Oczywiście niewielka różnica musi się za czymś kryć i jest nią niewielka objętość - 120 stron. Jest to więc dłuższe, patrząc na standardy Kinga jednak tylko średniej długości, opowiadanie, które można skończyć w jeden wieczór. Niestety wydanie tego jako oddzielna książka sprawiło wzrost oczekiwań u czytelników.

O czym jest książka? Stephanie McCann odbywa praktyki dziennikarskie w redakcji Weekly Insidera, lokalnej gazety dla mieszkańców wyspy Moose-Lookit. Oprócz niej pracują tam tylko dwie osoby - David i Vince. Są to dwie starsze osoby, które od dziesiątek lat związani są z gazetą. Pamiętają wszystko co działo się w okolicy przez ten czas, a ułatwia im to fakt, że mało wydarzeń było wartych odnotowania. Typowe, spokojne miasteczko. Akcja książki rozpoczyna się, gdy wspomniana trójka kończy rozmowę z dziennikarzem przybyłym z miasta, w celu napisania serii artykułów o niewyjaśnionych tajemnicach stanu Maine (nie, żebym się czepiał, ale patrząc na to co wg Kinga się tam działo można by napisać bardzo wiele.). Niestety wszystko czego dowiedział się od nich to rzeczy powszechne znane. Pochodząca z innych okolic stażystka nie  uwierzyła w to, że na wyspie nie zdarzyło się nic ciekawego. Stare wygi opowiadają jej więc historię tytułowego Colorado Kida, którego zwłoki zostały odnalezione przed laty przez parę biegaczy. Jednak na wstępie zastrzegają, że nie będzie to jednak typowa historia i jest to powód przez który wcześniej jej nie wyjawili.

Oglądaliście Django? Albo dowolny inny film Quentina Tarantino? Przypuszczam, że tak. W jego filmach długie konwersacje są czymś normalnym. Czasem są naturalne (scena w barze z Wściekłych psów przypomina mi dialogi jakie prowadzę ze znajomymi), czasem mniej, zawsze jednak dopracowane. Dlaczego najpierw wspomniałem o Django? Ja jestem fanem tego filmu i łyknąłem go w całości, ogólna opinia ludzi jest znacznie słabsza a jeden z moich bliższych znajomych nie był w stanie obejrzeć go do końca. Ciągłe rozmowy go za bardzo znudziły. Zapewne wielu czytelników podchodzi tak samo, nie tylko do dłuższych wymian zdań, ale także czytania (słyszał ktoś o tl;dr?), a tutaj cała opowieść to jedna konwersacja opisująca to co działo się po odnalezieniu zwłok i próby wyjaśnienia jak się tam znalazły. Nawet jeśli wydarzenia odwołują się do wydarzeń z przeszłości to zwykle do prowadzonych wtedy rozmów. W dodatku tutaj jedynymi próbami balansowania tempem są żarty staruszków (jest ich dość sporo) i testów przeprowadzanych na Stephanie. Nie mam zwrotów akcji, a jedyne co przyciąga do samego czytania to chęć poznania historii Colorado Kida. Dla mnie ok, ale w tym przypadku jestem zapewne odosobniony.

Na dodatek historia nie kończy się tak jak chciałby czytelnik. A raczej nie tak jak jest przedstawiony. nie chcę spoilerować (chociaż czy spoilerem jest fakt wspomniany na początku książki, w który czytelnik nie uwierzył?), ale opowieść jest bliższa życiu, a nie powieści. Zwłaszcza powieści kryminalnej. Mimo, że opis fabuły na to wskazuje to książka jest raczej wariacją na temat gatunku a nie jego przedstawicielem. Mnie to nie przeszkadza, nawet podziwiam pewną innowacyjność. Zamiast oklepanego schematu (jak np w W wysokiej trawie, które King napisał wraz z synem, Joe Hillem) dostaliśmy coś niespotykanego. Rzadko zgadzam się z opisami na książce, ale w tym przypadku muszę. Jego ostatnie zdanie brzmi "Przy okazji - a może przede wszystkim - jest okazją do wyłożenia zasad odpowiedzialności dziennikarza wobec prawdy oraz ludzi z pierwszych stron gazet". Jest też pewnego rodzaju komentarzem odnośnie tego jakimi informacjami jesteśmy zasypywani codziennie. [Chociaż nawet King nie przewidział głupot w stylu mama Madzii na koniu w bieliźnie.]

Czy warto? Jeśli nie odstraszyło was to co napisałem powyżej - tak. Dla mnie jest to bardzo dobre opowiadanie, które poziomem przewyższa większość opowiadań ze zbioru Po zachodzie słońca. Dorwać je można na Allegro za ok 10 zł + przesyłka, co jest dobrą ceną. Tutaj warto wspomnieć, że nie będzie nigdy wznowienia w naszym kraju. To była jednorazowa inicjatywa.

---

No to teraz mogę z czystym sumieniem zacząć oglądać serial Haven. Tak, wiem, że serial ma tyle wspólnego z tą powieścią co Sharknado ze Szczękami, jednak wcześniej wolałem sobie go odpuścić. Oczywiście po obejrzeniu pierwszego sezonu zamierzam napisać recenzję.

Przyznam też, że myślałem nad napisaniem od nowa recenzji Joyland. Nie jestem z niej specjalnie zadowolony, w dodatku po przeczytaniu wyżej recenzowanej książki i upływie czasu, zauważyłem więcej niedociągnięć powieści. Nie chcę zostać źle zrozumiany - nadal uważam, że jest to dobra wakacyjna opowieść, jednak nie tak dobra jak mi się wydawało.

czwartek, 18 lipca 2013

Hell House 6D / Cinetrix / Kino 6D



Rozważałem napisanie tutaj parę niemiłych zdań opisujących pogrzeb (oczywiście chrześcijański) i zachowaniu „uczestniczącym” w nim. Był to pierwszy pogrzeb w jakim od 10 lat w jakim brałem udział... Niesmak mam do dzisiaj, jednak zrezygnowałem z takiego pomysłu. Może byłoby to zbyt duże i krzywdzące uogólnienie; może to tylko w tej jednej parafii… Tak, wiem... Zapewne oszukuję samego siebie - parafia w której mieszkam nie daje mi powodów myśleć w ten sposób... Nieważne, pora nadrabiać zaległości, próbować rozkręcić ten blog i zapomnieć o licznych wkur... wkurzeniach mających miejsce w ostatnich tygodniach.

Dzisiejszy tekst nie będzie jednak normalną recenzją (nie mówiąc już o tym by przedmiotem recenzji było w końcu Martwe zło). Wczoraj dla zaspokojenia własnej ciekawości wybrałem się ze znajomą do kina 6D znajdującego się w Rzeszowie. Wybór padł na film Hell House. A czym jest kino 6D? „To bardzo popularna na całym świecie forma rozrywki, łącząca projekcje filmową w 3D z mnóstwem realistycznych efektów specjalnych takich jak np : ruchome fotele, woda, śnieg, wiatr, ogień, banki mydlane i wiele innych. Dzięki połączeniu realnych efektów z obrazem 3D widz odczuwa na własnej skórze doznania bohaterów filmów.” [Źródło opisu oraz więcej informacji tutaj]. Nie sądzę by dało się sensownie zrecenzować 17 minutowy film pozbawiony głębszej fabuły. Zwłaszcza, że na jego odbiór pewnie wpływa także samo wyposażenie sali a dostęp do Cinetrx jest mocno ograniczony (ciężko nazwać to siecią skoro ma tylko dwa kina). Jak sprawa wygląda u konkurencji też nie mam pojęcia. Dlatego będzie to jedynie krótka relacja z wypadu wraz z podsumowaniem.

Uwaga. Nie wyobrażam sobie też bym miał pomijać w tym tekście wydarzenia dziejące się na ekranie. Nie sądzę by ich znajomość psuła rozrywkę, jednak czujcie się ostrzeżeni.

Hell House 6D jest animacją komputerową, której akcja prezentowana jest z perspektywy pierwszej osoby. (jest to więc coś w rodzaju nieinteraktywnego FPSa). Osobom zaznajomionym z automatami o gier, lub śledzących bardziej egzotyczne produkcje, na pewno więcej powie porównanie z serią House of Dead. Zwłaszcza ze względu na pojawianie się duchów (o tym za chwilę... I nie mam pewności czy to były duchy czy inne kreatury). Film podzielony jest na dwa różniące się od siebie segmenty. W pierwszym nasz bohater przeszukuje starą, opuszczoną posiadłość w której napotyka wspomniane potwory. Żadnego wyjaśnienia fabularnego, zaczynamy od wejścia przez bramkę posiadłości. Nie jest to jednak wada, ale raczej taka konwencja tych filmów.

Początkowy wiaterek nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Z perspektywy czasu nie jestem nawet pewien czy tam występował. Pierwsza reakcja na efekty 6D nastąpiła wraz z pierwszy atakiem zła. Widzieliśmy ducha w rogu pokoju i wiedzieliśmy, że zaraz coś się stanie. Działo się to jednak tak wolno, że nie dało się tego przestraszyć, zamiast tego na naszych twarzach pojawił się uśmiech. Jednak czymś innym jest oczekiwanie, że coś się stanie, a czymś innym oberwanie po twarzy wodą. Jeszcze większy uśmiech, by nie powiedzieć śmiech, wzbudziło "zaatakowanie" dolnej części ciała... W tym krocza... I nie, znajoma nie miała z tym nic wspólnego. Przechadzając się po domu jako widz odczuwaliśmy przeciągi spowodowane otwartymi drzwiami, chuchnięcia duchów w naszą twarz, czy turbulencje spowodowane utratą równowagi. Fajne, ale niestety niewykorzystane tak jakbym tego oczekiwał od takiego filmu. Prawie w każdym przypadku nie służyły one pogłębieniu odczucia strachu.

Wyjątkiem jest ostatnie 30 sekund kończący tę część filmu. Trafiamy do lasu, w którym z prawej strony wieje bardzo silny wiatr. Nie tylko widzimy szybko przelatujące, ale czujemy silny chłodny wiatr. Wraz z posępnymi drzewami, mrokiem i odpowiednią muzyką (jestem prawie pewny, że był to Akira Yamaoka i jego kawałek Never Forgive Me, Never Gorget Me, którzy posłuchać można tutaj; kompozytor ten jest znany ze stworzenia świetnych soundtracków do 7 części gier Silent Hill). Po seansie zgodnie stwierdziliśmy, że była to najlepsza część całego seansu i film powinien być rozwinięciem tej sceny. Przez ten krótki czas naprawdę można było poczuć odpowiednie dodatki, które wpływały na panującą grozę.

Drugi segment filmu pokazał nam tylko jeden nowy efekt - migające światło w trakcie sceny z ogniem. W trakcie tej części filmu oglądamy "rollercoasterową" przejażdżkę w niecodziennej scenerii, która dodatkowo jest przeplatana nagłymi zdarzeniami. Pamiętacie początkową scenę z nowego DmC: Devil May Cry, w której bohater ubiera się przelatując przez różne pomieszczenia (jak nie to chętnych odsyłam tutaj). Tutaj jesteśmy świadkami podobnych scen. Oczywiście pozbawionych nagości. Tutaj nawet nikt nie próbuje udawać, że chce nas przestraszyć. Obraz wyświetlany jest w 3D, niestety nie dane mi było zobaczyć wizualnych fajerwerków. Pytanie czy były one do tego stopnia słabe, czy to moja wada wzroku uniemożliwiła mi ich oglądanie. Koleżanka po seansie stwierdziła, że coś tam były, ale wrażenia na niej również nie robiło. I szkoda, bo ta scena prosiła się chociaż o to. Nic sensownego nie mogę tutaj już dodać.

Dźwięk był w porządku, pasował do wydarzeń na ekranie i nie raził. Niestety nie wiem czy w tym przypadku to wystarcza, żeby potraktować to jako coś neutralnego. Wspomniany fragment z muzyką Akiry pokazał, że wraz ze zgraniem innych elementów można stworzyć całkiem ciekawy klimat. Niestety w innych scenach nawet nie próbowali. Szkoda.

Czy zgodnie z cytowanym wyżej opisem jest to popularna forma rozgrywki? Nie jestem w stanie powiedzieć po jednym seansie, ale wydaje mi się, że nie. Bardziej traktowałbym to jako jednorazową ciekawostkę z którą warto się zapoznać.Zwłaszcza w gronie znajomych, gdzie łatwiej będzie znieść brak strachu i będziemy mogli pozwolić sobie na uśmiech. Ten na pewno pojawi się na waszych twarzach. Dlatego zachęcam mieszkańców Rzeszowa i okolic do sprawdzenia tej atrakcji póki jeszcze nie zbankrutowali.

niedziela, 30 czerwca 2013

Necronomicon: Book of Dead / Necronomicon [1993]


Znane także jako H.P. Lovecraft's Necronomicon.

[Wstęp; informacje w nim zawarte w jakimś stopniu są powiązane z recenzją, nie są one jednak dla niej ważne. Nie jest konieczne było zapoznanie się z nimi i osoby, których odstrasza duża ilość tekstu mogą je śmiało pominąć]
Na pierwszej lekcji języka polskiego (standardowe przedstawienie się, które do dzisiaj nie wiem czemu służy) w technikum podałem H.P. Lovecrafta i Toma Clancy'ego jako swoich ulubionych pisarzy. Co prawda nauczycielka nie była zainteresowana rozwinięciem tej kwestii, ale nic się nie stało. Ja zwykle nie byłem zainteresowany lekturami, które wg niej były świetnie. Od tamtego czasu minęło 7 lat i obecnie wymieniłbym więcej pisarzy, których uwielbiam: Edward Lee, Jack Ketchum, Stephen King, Joe Hill... Mógłbym podać jeszcze kilku, którzy zawsze dostarczają mi przynajmniej przyzwoitej rozrywki. Jeżeli jednak miałbym ograniczyć się do największych idoli to podałbym tylko i wyłącznie Lovecrafta [Tom Clancy zniechęcił mnie do siebie ostatnimi książkami innych autorów pod którymi się podpisał nazwiskiem. Poziom tych tworów jest niski]. Umiejscowiłbym go na szczycie nawet jeśli uważam, że część jego opowiadań nie przetrwała próby czasy, a taki Stephen King od 40 lat nie zestarzał się wcale. Powinienem więc pisanie o nim zacząć od recenzji jego książek lub pozycji omawiających jego życie i twórczość. Niestety jeszcze nie mogę tego zrobić.
Blog planowałem  rozpocząć od recenzji remake’u Martwego zła (zresztą taka już powstała po kinowym seansie i czeka na dysku twardym). Plany jednak uległy zmianom… Trzykrotnie. Do dzisaij nie uważam, że już bloguję, ale gdyby nie możliwość uzupełnienia swojej wypowiedzi na blogu Buffy1977 [wpis i komentarz do przeczytania tutaj. Tak w ogóle to patrząc na renomę autora  zadziwia mnie mała ilość komentarzy… Nie mam pojęcia dlaczego tak jest; zwłaszcza, że jej blog ma sporą liczbę odwiedzających] to w dalszym ciągu kolekcjonowałbym na dysku moje wypociny w plikach tekstowych. Przez te wszystkie zmiany wolę poczekać aż będę miał gotowe parę tekstów związanych bezpośrednio z autorem i wtedy będę publikował je w odpowiednich odstępach czasu. W mojej decyzji dodatkowo utwierdził mnie to, że nie mogę pochwalić się posiadaniem stałych czytelników. Wrzucenie tekstów teraz mogłoby spowodować ich zatonięcie w oceanie zwanym  potocznie internetem.
Mogę jednak spokojnie pisać o rzeczach pośrednio związanych z Lovecraftem, takich jak adaptacje jego dzieł (zwłaszcza, że większość z nich jest swobodną interpretacją). Wspomnieć o zgodności (lub jej braku) mogę już teraz a samo płodzenie tekstów pozwoli ćwiczyć pisanie. A pierwszy wpis pokazał, że jest mi to potrzebne ;)


Narrator w krótkim wstępie oznajmia nam, że po wielu latach odnalazł księgę umarłych, znana szerzej jako Necronomicon. Zamierza się zapoznać z jej treścią, ponieważ zawiera ona wiedzę zarówno o przeszłości, jak i przyszłości. Jak się okazuje informacje te przekazuje nam sam H.P. Lovecraft (grany przez Jeffrey’a Combsa; bardziej przypomina mi Asha Williamsa z Evil Dead niż osobę ze zdjęcia powyżej ;)), który właśnie zmierza do biblioteki w której przechowywany jest zakazany tom. Film podzielony jest na 3 segmenty (nie licząc historii rozgrywającej się w bibliotece, ta ma na celu jedynie powiązać ze sobą ), te z kolei bazują na opowiadaniach „samotnika z Providence”… Każda z części została wyreżyserowana przez inną osobę. Wspomniane "ratowanie świata" ma na celu  jedynie wytłumaczenie czasu rozgrywania się tych historii w czasach, kiedy Lovecraft już nie żył. Nie będę też ukrywał, że nie mogę tych fragmentów nazwać adaptacją.  Takie podejście zmusiłoby mnie do napisania czegoś typu "wszelkie kopie filmu powinny zostać wysłane w kosmos, gdzie "zewnętrzni bogowie" zadbaliby o ich odpowiednie potraktowanie". Dlaczego? Ponieważ to czego świadkiem będziemy w trakcie seansu czasem ciężko podciągnąć nawet pod inspirację dziełami Howarda. Takie znęcanie nie miałoby sensu. Oczywiście dla osób zaznajomionych z mitologią Cthulhu konieczne jest poinformowanie o różnicach, ale samą opinię końcowa zawierać będzie informację także dla "przypadkowego odbiorcy".

Pierwszą opowiastką jest The Drowned nakręconą przez Christophe’a Gansa (późniejszego reżysera Silent Hill). Na wstępie wspomnę, że sam nie byłem w stanie określić na podstawie jakiego opowiadania powstał ten fragment i w celu zaczerpnięcia wiedzy musiałem skorzystać z wikipedii. Tam przeczytałem, że bazuje na opowiadaniu Szczury w murach. Jeśli moja starcza pamięć mnie zawodzi (ostatnio czytałem to opowiadanie w grudniu 2012) to jedynym wspólnym elementem jest powrót do starej, rodzinnej posiadłości, znajdującej w opłakanym stanie (pomijam już rodzaj budowli). To wszystko co sobie przypomniałem, dlatego też wolę twierdzić, że  jest odrębna historia nawiązująca jedynie klimatem do twórczości Lovecrafta (takie stwierdzenie można przeczytać w recenzji dostępnej na stronie hplovecraft.pl; link umieściłem niżej). W omawianym filmie bohater wciąż przeżywa utratę żony/kochanki w wypadku samochodowym, który wynikł z jego winy. Przybywając na miejsce dostaje nieotwierany od 60 lat list napisany przez jego wuja (wcześniejszego właściciela). Opisał on w nim swoje tragiczne losy oraz powód dla którego zamierza popełnić samobójstwo.. Zjdaliwa historyjka z cyklu „uważaj czego chcesz, bo możesz to dostać”. Jedyne czego mi brakowało to zabawnego komentarza strażnika krypty po skończeniu tej opowieści [jest to nawiązanie do wspomnianej recenzji ze strony hplovecraft.pl. Jej autor stwierdza, że kolejny segment filmu pasowałby do tego serialu. Nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ to pierwszy lepiej odzwierciedla jego założenia).

Najlepsza (a może powinienem napisać najbliższa oryginałowi?) jest druga opowieść, nakręcona przez Shusuke Kaneko. The Cold, który bazuje na historii Lovecrafta pt. Zimno (Cool Air) i jest opowieścią w opowieści. Dziennikarz odwiedza mieszkanie młodej kobiety i wymusza na niej udzielenie pytań w związku z niewyjaśnionymi morderstwami w okolicy, Dziewczyna opowiada mu historię swojej matki, która przed laty trafiła tutaj podczas ucieczki przed znęcającym się nad nią ojczymem. Jak się okazało była przez niego śledzona i nocą została napadnięta przez niego w wynajmowanym pokoju. Na szczęście napastnika odpędza mieszkający piętro wyżej doktor, który po zajściu udziela kobiecie pomocy. Będąc w jego pokoju kobieta dowiaduje się o rzadkiej chorobie doktora którą zmuszona go do przebywania w mocno ochłodzonym pokoju. Zmiana płci głównej bohaterki względem opowiadania pozwoliła na wprowadzenie wątku romantycznego [nie jest to też pomysł specjalnie nowatorski. Podobny pomysł został wykorzystany  w adaptacji nagranej na potrzeby serialu Night Gallery. Więcej można się dowiedzieć między innymi tutaj], który odgrywa ważną rolę i historia na tym zyskała. Doszło też kilka innych wątków i pomysłów (między innymi pobieranie płynu rdzeniowego) i oglądało mi się to bardzo dobrze.

Trzecia opowieść została nakręcona przez Briana Yuznę i jest adaptacją opowiadania Szepczący w ciemnościach. Spokojnie, nie jest to jednak historia o wymianie listów dwóch naukowców, w których debatują nad obecnością pozaziemskich istot w okolicach Vermont. Chociaż nie za bardzo jest się z czego cieszyć. Fabuła została osadzona w teraźniejszości, a rozpoczyna się pościgu radiowozu za „Rzeźnikiem”.Po chwili policjantka traci panowanie nad pojazdem i rozbija pojazd. Gdy wydostaje się z wraku okazuje się, że jej partner zaginął a trop prowadzi do starego opuszczonego budynku. Nie czekając na posiłki postanawia poszukać go na własną rękę. Z opowiadania zaczerpniętego jedynie wspomnianą pozaziemską cywilizację oraz motyw przeszczepiania mózgu. Szkoda tylko, że reżyser postanowił zamienić opowieść niesamowitą na typowe gore. Co prawda ogląda się to miło (zwłaszcza scenę brnięcia bohaterki przez zwłoki), ale zapomina zaraz po skończeniu. Szkoda.

O technikaliach filmu niewiele można napisać, ponieważ wszystko jest do bólu typowe. Obecnie efekty specjalnie wyglądają sztuczne, ale w 1993 tak to wyglądało. Na pewno nie jest to minus. Udźwiękowianie było dobre, muzyka nie przeszkadzała, ale to wszystko co mogę napisać o tych elementach. Standard do jakiego przywykliśmy i nic co można by pochwalić. O nazwiskach aktorów nie wspominałem, ponieważ niewiele nam powiedzą (poza wspomnianym Combsem reszta nie może się pochwalić czymś więcej niż epizodyczne rólkami w serialach), ale w większości spisali się przyzwoicie. To, że nie czułem z nimi strachu i przerażenia wynika z poziomu całego filmu. Zastrzeżenia mogę mieć jedynie do mimiki Lovecrafta i mnichów. Wyglądało to slapstickowo i nawet jeśli pasowało do ostatniej historii (fragmenty w bibliotece reżyserował ten sam człowiek) to kolidowało z dwoma wcześniejszymi.

Mimo mojego marudzenia ten film nie jest zły. Jego największą wadą jest to, że nie potrafił się wybić powyżej poziomu innych typowych z lat 90. Można jednak przyjemnie spędzić półtorej godziny. Pod warunkiem, że fani pisarza będą potrafili się traktować ten film jako odrębne dzieło (mi się udało)  a osoby niezaznajomione z jego twórczością będą w stanie zaakceptować "potwory", które mogą im się wydawać jako wciśnięte na siłę (zauważą to zwłaszcza w pierwszej historii w której pojawiające się pod koniec monstrum zostało szybko i bezproblemowo pokonane).

Inne recenzje (z innym zdaniem na temat tych filmów można przeczytać tutaj (hplovecraft.pl) lub tutaj (horror-buffy1977.blogspot.com)

środa, 19 czerwca 2013

Stephen King - Joyland


Pytanie: Jaką literaturę warto czytać, a jakiej powinniśmy unikać?

Odpowiedź:  Brudnej powinniśmy unikać. Czyli Stephena Kinga powinniśmy unikać, to nie jest zdrowe dla człowieka. Pustej też, takiej która niczego we mnie nie zmieni na lepsze, na mądrzejsze, tylko takiej, która jest właśnie wyłącznie rozrywką. Ja bym tego nie czytał. Szkoda mi czasu. […]

Cały wywiad do zobaczenia tutaj.

Recenzję postanowiłem zacząć cytatem wywiadu przeprowadzonego z Wojciechem Cejrowskim, który dość dobrze wprowadzi w recenzję książki i pozwoli odwołać mi w późniejszym fragmencie. Jestem fanem Kinga, ale rozumiem, że jego literatura ma prawo mu się nie podobać. Naprawdę szanuję takie zdanie. Gorzej gdy ktoś nazywa ją brudną. Dla mnie jest to spore nadużycie. Zwłaszcza jeśli weźmiemy jego nowsze, bardziej sentymentalne i obyczajowe oblicze Kinga (prezentowane także w Joyland). Tak wypowiedź więc ociera się dla mnie o delikatny i nieszkodliwy (na szczęście) hating.[Poza tym czy brudna literatura  nie może nas zmienić? I jak to się ma do Gry o Tron? Pytam serio, bo nie czytałem, ale wydaje mi się, że to jest książka nastawiona głównie na rozrywkę? A w dalszej części Cejrowski wspomina o tym, że ją czyta, chociaż nie jest pewny czy mu się spodoba. Tylko nie szkoda mu czasu?]

A teraz do rzeczy. W porzuconej gazecie Devin Jones natrafia na nietypowe ogłoszenie dotyczące pracy. Nie mogąc spędzać czasu z ukochaną postanawia spróbować swoich sił, w ten sposób dorabiając sobie do czesnego. Jak się okazuje anons dotyczy pracy w wesołym miasteczku. Nie sugerowałbym się więc opisem okładkowym [nie jest to jakaś nowość; zaspoileruję trochę przyszłość bloga: już nie mogę się doczekać aż skrytykuję Wydawnictwo Albatros za opisy na reedycjach książek Thomasa Harrisa]. Porzucenie przez Wendy następuje dopiero w trakcie jego pobytu w Joyland. Zgodzę się, że wcześniej ten związek jedynie powoli się rozpadał. Nie zapominajmy jednak, ze narracja powieści prowadzona jest po 40 latach od tamtych wydarzeń. Dev otwarcie mówi o tym co odczuwał w 1973 a praca ta pomogła mu z rozstaniem, które to z kolei wpłynęło też na jedną ważną decyzję. I nawet jeśli nie mogę powiedzieć, by był to nieważny wątek to dziwi mnie upór recenzentów i blogerów, którzy chronologię tych wydarzeń.

Jonesy (bo tak mówią na niego znajomi) po rozmowie kwalifikacyjnej zwiedza miasteczko w celu podjęcia decyzji o przyjęciu się. W trakcie przechadzki poznaje stałych pracowników Joylandu. Wtedy też zostajemy zapoznani z innymi ważnymi dla historii elementami - przepowiednią, morderstwem sprzed lat i duchem zamordowanej kobiety. Ostrzegam jednak, że to iż powieści pojawiają się więc elementy paranormalne, nie znaczy, że mamy do czynienia z horrorem. Ten tutaj nie występuje. Jeśli ktoś wie, że książka ta oryginalnie wydana została to pewnie myśli, że otoczka kryminalna pełni tutaj kluczową rolę. Otóż wg mnie i wątek kryminalny również jest tylko tłem. Przez większość powieści nie ma znaczenia, pojawia się zdecydowanie za rzadko a jego końcowe rozwiązanie nie zaskakuje (trzeba jednak oddać mu to, że wszystko zgrabnie łączy ze sobą). Może teraz zrażę parę osób, ale ten gatunek wg mnie przerósł mistrza horroru. Nawet jeśli dość dobrze oddaje klimat groszowej literatury (do czego nawiązuje też oryginalna okładka) to spodziewać się można było znacznie więcej. Gdyby nie nazwisko autora to nieliczne osoby posiadałyby tą książkę na półce. 

O czym więc jest Joyland? Najogólniej opisując jest to opowieść obyczajowa, która skupia się na młodości i dojrzewaniu. Przez większość czasu czytać będziemy o relacjach międzyludzkich, codziennym dniu (możecie mi nie wierzyć, ale naprawdę jest co opisywać; praca w miasteczku wg Kinga to nie tylko żmudna i monotonna harówka) i czasach, w których powieść jest osadzona. Dzięki tym elementom ciężko oderwać się od czytania . Niestety tu pojawia się kolejny, poważniejszy minus tej powieści – jest krótka. Wspomniane opisy, nawet jeśli są świetnym powrotem do przyszłości (King podczas pisania o tym podchodzi naprawdę sentymentalnie do tematu i czytelnicy odczuwają to. Niestety przez ograniczone jak na Kinga gawędziarstwo nie wszyscy będą mogli się tym cieszyć. Dla przykładu osoby nie zaznajomione z muzyką Jima Morrisona, a wierzcie mi - są tacy, będą musiały domyślać się co sprawia, że bohater tak często jej słucha). Oczywiście nie skreśla to książki, ale fani Kinga mogą poczuć się delikatnie zdziwieni (zwłaszcza jeśli przypomną sobie niedawne tomiska jak np. Pod Kopułą). W recenzjach wspomina o tym wiele osób, ale ciężko się z tym nie zgodzić – takie okrojenia sprawiło, że jest to dobra lektura wakacyjna, która nie wymaga dużego zaangażowania. Niestety nic więcej.

W podsumowaniu chciałem jeszcze raz wrócić do zacytowanego fragmentu wypowiedzi Cejrowskiego. To nie była tylko krytyka jego wypowiedzi. Joyland jest nastawiony na to by dawać nam rozrywkę [darowałem sobie powszechne cytaty z powieści i odnoszenie ich do Kinga, nawet jeśli ma to sens to ile można o tym czytać?] i muszę powiedzieć, że w tym przypadku bym tego nie czytał, jeśli nie byłbym zaznajomiony z innymi dziełami autora. Dlatego nie jestem w stanie jej polecić każdemu [prywatnie poleciłem trzem znajomym, ale w pewnym stopniu znałem ich gust. Fanom polecał nie będę, bo pewnie są już po lekturze ;)]. Za tą cenę można dostać ciekawsze książki autora, które także zapewnią rozrywkę (zwykle lepszą i na dłużej). Dodam jeszcze, że osoby czujące się oszukane ze względu na brak grozy dały się oszukać polskiej okładce, oryginalna lepiej oddawała treść książki.

---

Czy jest lepszy pisarz, którym można by zacząć blog odwołujący się do mainstreamu? Nie wydaje mi się, chociaż jestem przekonany, że powinienem to zrobić w okresie premiery. Trudno, przepadła dodatkowa reklama :P Tak więc witam serdecznie wszystkie  dusze, które zbłądziły oraz tych znajomych, którzy weszli tutaj z litości. ;) A nie wierzę, żeby trafiły tutaj inne osoby (przynajmniej z początku). Co mogę jeszcze napisać? Do tematu Stephena Kinga na pewno będę starał się powrócić niejednokrotnie. I pamiętajcie, że pozostało 14 tygodni do amerykańskiej premiery Doctor Sleep.

Oczywiście krytykować każdy może (o tym też zamierzam napisać wpis) i zachęcam do wytykania wszelkich błędów (gramatyka, ortografia, interpunkcja... może pewne kwestie są niezrozumiałe albo zbyt często nadużywam jakieś zwroty?). Właśnie dlatego zacząłem blogować - by wyrobić sobie nawyk częstego i lepszego pisania. Zdaję sobie sprawę z tego, że na chwilę obecną moje teksty są amatorskie, ale mam nadzieję, że z czasem to się zmieni.

---

Uzupełnienie / Errata - 2013 06 19

Jeszcze na dobre nie zacząłem blogować i już wkradł się pierwszy poważny błąd. Według mojej znajomej nie do końca wynika o czym jest ta książka (za co dziękuję i pozdrawiam) i po przemyśleniach stwierdzam, że ma rację. Nie chodzi o to, że nie udało mi się napisać co chciałem, ale o to jak to zrobiłem - elementy fabuły krótko opisałem, chociaż mogłem je za bardzo rozrzucić w tekście. Więc nawet jeśli zwróciłem uwagę, że łączą się ze sobą to czytelnik recenzji może nie zrozumieć w jaki sposób. Nawet jeśli o to mi chodziło (przeciwnikiem spoilerów nie jestem, ale muszę pamiętać o tym by pisząc ich unikać). Oczywiście mógłbym edytować ten wpis i udawać, że nic takiego nie miało tu miejsca, ale nie jestem celebrytą i takie działania uważam za bezsensowne (przykład). Wspominałem, że blog ten powstał, by wyrobić sobie umiejętność pisania, dlatego wolę traktować go jako kronika moich sukcesów i wpadek.

Dodam niewiele, ale za to myślę podsumuję to w jedną całość. Jak już pisałem wcześniej, Dev zwiedzając Joyland poznaje pracowników miasteczka, w tym wróżkę Fortunę od której dostaje dwie przepowiednie. Oczywiście Jonesy nie traktuje jej poważnie i to tyle jeśli nie chcę spoilerować dalszej części książki. Opuszczając wesołe miasteczko zostaje poinformowany o miejscu w którym mógłby zamieszkać oraz krążącej legendzie o pojawiającym się w domu strachów duchu zamordowanej dziewczyny. Od właścicielki pensjonatu dostaje informacje o morderstwie, które miało miejsce parę lat wcześniej i to też byłoby na tyle. Oczywiście bohater z czasem będzie coraz bardziej ciekawy wydarzeń z przyszłości, ale pisanie o tym to również spoilerowanie dalszej części książki. Wszystkie wspomniane 3 elementy połączą się ze sobą w odpowiednich momentach, ale odkrycie jak to już zadanie czytelników ;) Ewentualnie mogę zachęcić do zapoznania się z darmowym fragmentem powieści, dostępnym na stronie "Prósa" (tutaj). Wspominałem też o dobrych opisach relacji międzyludzkich i gwarantuję wam, że postacie stworzone przez Stephena są ciekawe i zróżnicowane. Dodatkowo forma opowieści po 40 latach pozwoliła nam poznać nie tylko ich przeszłość, ale dalsze losy w przyszłości, więc nie będziemy musieli się zastanawiać co dalej ;) To by było na tyle.